Czy innowacja zabija kreatywność?
Pytanie dla tych, którzy przerobili w swoim życiu już kilka aparatów: zauważyliście, że kupując coraz to nowsze aparaty, mają one tak rozbudowaną ilość funkcji, że z tego powodu aż trudno jest ich używać? Po prostu tą mnogością ustawień, opcji itp. potrafią zbudować problem, zanim on jeszcze wystąpi. Obecnie najczęściej używam czterech aparatów, które posiadam: Canona 5D Mark II, Canona 500D, jakiegoś kompaktu Fuji, którego nazwy nie pamiętam oraz najlepszego aparatu ever: Canona 5D Classic. Robię tez zdjęcia nie swoimi aparatami marki na literę S i marki na literę N. Obydwa zostały wypuszczone na rynek w przeciągu ostatnich dwóch lat i są bezlusterkowcami (dlaczego nie używam bezlusterkowców i nie uznaję ich w świecie korpusów z wymienną optyką, napiszę innym razem).
O ile swoimi aparatami nie mam problemu z robieniem zdjęć, ponieważ wizjer, pokrętła sterujące mam na wierzchu i potrafię je obsługiwać bez problemu, o tyle nowoczesny sprzęt potrafi sam przestawić ustawienia. Na przykład przy kadrowaniu poprzez wizjer, gdy dotknę twarzą ekranu (dotykowy). Doprowadzenie wszystkich ustawień do ładu chwilę zajmuje, bo przecież jeżdżenie paluchami po ekranie dotykowym może, zwłaszcza w warunkach plenerowych, nie być tak precyzyjne, jakbyśmy chcieli. Przecież w fotografii chodzi o przyjemność (może poza nieprzyjemnymi zleceniami, które robimy żeby mieć co do garnka włożyć). Ale po co mi sprzęt, który mnie wkurza? Każdy z producentów ma swoją niszę, dając konsumentom pewne charakterystyczne cechy swoich aparatów. Dlatego wiele osób trzyma się bardzo długo jednego systemu albo wręcz nie zmienia go nigdy. Jednak w bełkocie marketingowym producenci weszli pełną parą w marketing ekonomiczny – czyli dają gotowy produkt i wychwalają jego zalety, dając do zrozumienia odbiorcom, że substytut konkurencji ma pewne parametry gorsze. Jest to oczywista manipulacja, bo każdy produkt w każdej branży ma swoje wady i zalety. To że produkt firmy S jest lepszy w tonalności od produktu firmy N, to nie znaczy, że substytut firmy N nie ma innych parametrów lepszych niż S – ale przecież S już o tym nie wspomni w swoich materiałach promocyjnych.
Stąd mój szacunek dla firm, które robią coś zupełnie odwrotnego. Stosują marketing społeczny – czyli starają się odnaleźć niszę odbiorców, którzy domagają się niekoniecznie modnych rozwiązań, a po prostu rozwiązań użytecznych - takich które im odpowiadają. Wielki szacunek z mojej strony dla firmy Fuji, która dała pokrętła do bezlusterkowca podobne jak w aparatach analogowych oraz dla Pentaxa – który wypiął się na bezlustra. Z roku na rok mamy coraz większą liczbę nie tylko megapikseli na matrycy, ale zakresu ISO, ilości zdjęć na sekundę, punktów autofokusa i tym podobnych pierdół. Pytanie brzmi: jak niszczą one kreatywność fotografa, robiąc z niego analfabetę, za którego aparat ma zrobić wszystko? I jak daleko te innowacje zawędrują w najbliższym czasie? Czy fotografia to jeszcze to samo co kiedyś, czy może teatr pacynek sterowany przez działy marketingowe, których celem nie jest zrobienie realnie dobrego, trwałego sprzętu, tylko wytworzenie u potencjalnego klienta syndromu "Gaz" – czyli uzależnienia od kupowania nowości. Tą drugą teorię podkreśla tylko ilość blogów i kanałów na yt o tematyce "foto", które skupiają się na recenzowaniu nowego sprzętu. Oczywiście każdy "zasięgowy" kanał zawsze ma swojego faworyta pośród producentów, którego lobbuje, twierdząc że jest "najlepszy z najlepszych".
Nie dziwi mnie także renesans używanych lustrzanek pełnoklatkowych i obiektywów pochodzących z analogów. Nie dziwi mnie również chęć tworzenia zdjęć analogowych przez niektórych ludzi, chociaż jak wiemy, nie jest to tania sprawa obecnie (w sumie, to chyba nigdy nie była tania).
Po prostu część społeczeństwa nie chce zmian, które dla nich nie są korzystne. Nowoczesny sprzęt nie zastąpi nam wiedzy, ani nie zwiększy naszej kreatywności.



Komentarze
Prześlij komentarz